Jeszcze Polska nie umarła… ale umrze

przez | 1 stycznia, 2024

Przynajmniej w takim wydaniu jakie mamy obecnie. Zmiany demograficzne są nieuchronne i nie ma zbytnio środków, żeby to zatrzymać. Wszystkie kraje rozwinięte borykają się z tym problemem.

Jaka jest przyczyna? Głównie zmiany kulturowe i technologiczne, po części wynikające z rosnącego dobrobytu. W czasach powojennych wyżów demograficznych warunki do posiadania dziecka były fatalne. Kraj był w ruinie, brakowało mieszkań a służba zdrowia była symboliczna. Dzieci jednak rodziło się mnóstwo. Obecnie słyszymy mnóstwo wymówek, że młodych ludzi nie stać na dzieci, nie ma mieszkań i to są niby powody tej niskiej dzietności w Polsce. Tylko że jest ona tak samo niska w dużo bogatszych krajach. Ponadto ciężko chyba twierdzić, że obecnie warunki do posiadania dzieci są gorsze niż świeżo po wojnie? Cóż więc jest przyczyną? Jedną jest zmiana struktury społecznej. Bieda, szczególnie w przeludnionej wsi generalnie przyczyniała się do posiadania znaczącej liczby dzieci, dzisiaj niewyobrażalnej. Z czasem miejsca na wsi było za mało i dzieci zaczęły migrować do miast. Rosły aspiracje, niemniej wciąż tradycyjny model przeważał – nie było możliwości robienia kariery. Do tego nie było również szerokiego wachlarza sposobów spędzania wolnego czasu – ludzie mieli dzieci po prostu z nudów.

Rewolucja informatyczna zmieniła wszystko. Obecnie ludzie nie mają dwóch kanałów w telewizorze (o ile go mieli) jak ludzie w PRL, tylko mnóstwo alternatyw. Dostęp do internetu mają nawet biedni, jest szeroko dostępny. Tak więc obecnie, mając do wyboru wygodne życie i korzystanie z multum rozrywek, posiadanie dzieci nie stanowi jakiejś atrakcyjnej ewentualności. Do tego mamy promocję indywidualizmu – liczy się kariera i samorozwój. Posiadanie dużej liczby dzieci nie jest oznaką sukcesu, wręcz jest stygmatyzowane jako oznaka “patologii”, żyjącej na socjalu. Ciężko oczekiwać w takich warunkach wysokiej dzietności. Ponadto typowy plan na życie wygląda tak: pójść na studia, znaleźć robotę, kupić mieszkanie i dopiero myśleć o dzieciach. Tylko, że wtedy to dwójka jest maksymalną liczbą, o ile wraz z późniejszym wiekiem jeszcze ludzie są w stanie w ogóle mieć dzieci z czysto biologicznych względów. No chyba, że ktoś pragnie być dziadkiem dla własnego dziecka (o ile dożyje jego pełnoletności). Pomijam, że w Polsce i tak studiuje za dużo osób, więc tak naprawdę te 5 lat studiów wiele nie zmienia w ich karierze życiowej i po ich skończeniu często muszą i tak zaczynać od zera. Do tego dochodzi pompowanie nieosiągalnych oczekiwań przez media społecznościowe. Ludzie ciągle szukają odpowiedniego momentu na posiadanie dzieci, tylko że zawsze jest “coś”. Albo za mało pieniędzy, albo za małe mieszkanie albo co innego. Przeszliśmy ze skrajnej nieodpowiedzialności w posiadaniu dzieci, gdy nie ma się się środków na ich utrzymanie do jakiejś utopii, gdzie jeżeli nie spełnimy miliona warunków to nie ma sensu w ogóle ich mieć. Odkładane są więc na wieczne nigdy i jeżeli w końcu nadejdzie “ten moment”, to albo są problemy z poczęciem dziecka albo góra dwoje dzieci uda się zrobić, bo na więcej nie ma sił, chęci i czasu. A żeby utrzymać zastępowalność pokoleń i szczep piastowy nie wyginął to średnio każda polska rodzina powinna mieć średnio 2-3 dzieci.

Co z tym zrobić? Wiele się nie da. Co na tle powyższych przyczyn zmieni lepsza dostępność mieszkań albo szybsze emerytury dla kobiet czy zupełnie nieistotny dostęp do aborcji? Rozumna polityka prorodzinna może trochę podnieść dzietność, jednak wątpliwe, że osiągnie wynik powyżej 2,1 dziecka na rodzinę. Wyobraża ktoś sobie teraz, że większość znajomych na 2, 3, 4 dzieci? Trzeba by wprowadzić jakąś dystopię z odcięciem internetu itd., ale Wisły kijem się już nie zawróci. Lewicowe rozwiązania nic istotnie tutaj nie zmienią a wręcz można rzec, że jedynie zmniejszą tę dzietność. Prawda jest taka, że słusznie postulowane równouprawnienie kobiet dzietności wcale nie służy. Albo jedno albo drugie. Nie można mieć ciastka i jego zjeść. Jeżeli coraz więcej kobiet będzie robić kariery to po prostu mniej będzie chciało mieć dzieci, bo trudniej zrezygnować z kariery na rzecz dziecka. A mężczyzna nawet nie ma takiej możliwości.

W sumie jednak w czym problem? A problem w tym, że potrzebujemy rąk do pracy. Bez siły roboczej grozi nam zubożenie. Przerabia to już Japonia, która od 30 lat stoi w miejscu ze względu na restrykcyjną politykę migracyjną i starzenie się społeczeństwa. Oni jednak zdążyli się dorobić zanim się zestarzeli i spadają z wyższego pułapu. My jesteśmy jeszcze na dorobku nie wspominając o Ukrainie, gdzie sytuacja demograficzna była katastrofalna jeszcze przed wojną.

Tak czy siak, jeżeli nie chcemy być biedniejsi a myślę, że nie chcemy to musimy znaleźć ręce do pracy. Z wyżej wyłuszczonych powodów rozumna polityka prorodzinna, jak najbardziej potrzebna, złagodzi negatywne skutki, ale nie przywróci wskaźnika zastępowalności pokoleń powyżej 2,1. Zostają migranci, z tym zastrzeżeniem, że oni również tej dzietności długoterminowo nie poprawią. Nawet jeśli pochodzą z dość tradycyjnych i religijnych krajów i z początku ich dzietność będzie wyższa (co też podnosi bieda) to z czasem ulegną podobnym tendencjom jak ludność natywna. Niemniej będą oni łatać braki na rynku pracy. I czy to nam się podoba czy nie to migracja jest konieczna. Warto więc już o niej myśleć w sposób systemowy.

Sam osobiście byłem zwolennikiem państwa etnicznie jednorodnego. I i II RP udowodniła, że Polacy średnio się odnajdują w kraju niejednolitym etnicznie. Prowadzi to do napięć i w długim okresie nic dobrego z tego wynika. Porządek jałtański rozwiązał sporo istniejących jak i potencjalnych problemów. Nie jest jest on jednak już do utrzymania moim zdaniem. Potrzebna by była zmiana mentalności z “pańskiej” na “partnerską” by budować w tym kraju udane państwo multietniczne. Polska tradycyjna gościnność jest zwykle frazesem, bo to jest gościnność na polskich warunkach. Niemniej nie mamy wyjścia. Bez ludzi do pracy będziemy ubożeć a z tym przyjdą inne patologie. Nie da się też przeczekać jednego pokolenia z niższym PKB i bez migrantów, bo i tak (z przyczyn wcześniej poruszonych) dzietność dalej będzie spadać i zubożenie postępować. Jak ktoś sądzi, że automatyzacja i robotyka będzie tutaj gamechangerem, to polecam wybrać się do Japonii i sprawdzić czy problem braku rąk do pracy został w ten sposób tam rozwiązany. A to przecież technologiczny lider w robotyce.

Finalnie musimy się więc pogodzić, że z dzietnością wiele nie zdziałamy nawet rozsądną polityką prorodzinną. Musielibyśmy wprowadzić jakąś dystopię a to jest z wiadomych względów wykluczone. Lepiej więc już myśleć o polityce migracyjnej zanim będziemy przerabiać problemy z IIRP. Łudzić się, że innymi środkami z tym sobie poradzimy jest naiwne.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *