Zmierzch Unii Europejskiej

przez | 31 grudnia, 2024

Nie będziemy tutaj straszyć kolapsem, bo to byłby frazes, niemniej faktem jest, że weszliśmy w etap, z którego szczerze mówiąc nie widzę odwrotu i stopniowy upadek tego projektu niestety jest bardzo prawdopodobny. Nie pomogą tu też żadne reformy, bo tutaj potrzebujemy kilku kroków wstecz a nie do przodu. Powody są następujące:  

  1. Problemy z migracją. I to wcale nie chodzi o migracje z zewnątrz UE, choć do pewnego stopnia też, ale wewnątrz. Otóż nie da się tego kontrolować utrzymując strefę Schengen, która jest jednym z fundamentów Unii. Cała Europa boryka się z problemami demograficznymi i brakiem siły roboczej. I tutaj mamy dwa problemy – biedniejsze kraje Europy wschodniej i południowej ściągają migrantów, którzy z kolei uciekają na Zachód, gdzie są wyższe płace. Muszą ściągać ich coraz więcej a oni dalej uciekają i z kolei to jest problem dla państw starej Unii, którzy również chcieliby utrzymać kontrolę nad napływem migrantów do swoich krajów. Utrzymując Schengen jest niemożliwa zarówno blokada wstępu dla tych migrantów jak i zatrzymanie ich w kraju pierwotnego przybycia. Z tych to też powodów koncept ten nie ma przyszłości. Niemcy zresztą już zaczęły wprowadzać „tymczasowe” kontrole graniczne. 
  1. Zasada jednomyślności… lub jej brak. Każdy scenariusz tutaj prowadzi do katastrofy. Z jednej strony zasada jednomyślności to jakiś absurd, słusznie przywołujący patologie liberum veto, gdzie kraj taki jak Estonia, o populacji mniejszej niż Warszawa, może zablokować działania na rzecz całego kontynentu. Z drugiej strony większościowe głosowanie to też droga do nikąd, bo prędzej czy później pojawią się kraje lub grupy krajów, którym to będzie nie w smak. Będzie to kolejna cegiełka do niestabilności całego projektu. Być może większość typu 2/3 będzie w miarę kompromisowym rozwiązaniem, ale nie sądzę, że wyeliminuje to tę podstawową wadę długoterminowo. 
  1. Rozszerzanie w nieskończoność. Konia z rzędem temu, kto wyjaśni jaki jest sens rozszerzać dalej UE, gdy w obecnym kształcie już jest niesterowalna? Obecnie mamy prawie 30 państw. Jaki jest sens zwiększać ich liczbę i to jeszcze w kierunku wschodnim i azjatyckim? To proszenie się o kolejne problemy, gdy aktualne nie są rozwiązane.  
  1. Obłuda i brak poszanowania niezależności państw członkowskich przez unijny establiszment. Widzieliśmy bardzo dobrze „pryncypialność” władz unijnych odnośnie praworządności w Polsce w zależności od tego kto akurat w niej rządził. Do tego mamy prawdziwy cyrk, jeśli chodzi o wsparcie Ukrainy. Otóż tak – żaden kraj unijny nie ma obowiązku, żeby wspierać Ukrainę. UE to projekt  gospodarczy i polityczny a nie militarny. Każdy kraj członkowski ma prawo zachować neutralność, co jakoś aż do wybuchu tej wojny było częstą praktyką i nie budziło żadnych kontrowersji. Nie można więc zmuszać żadnego kraju, żeby się deklarował w konflikcie zewnętrznym, gdyż to bezpośrednio dotyczy jego bezpieczeństwa. I nie mają tutaj zastosowania żadne gadki o solidarności. Z punktu widzenia członka UE Ukraina ma taki sam status jak Zimbabwe czy Meksyk. Nikt z UE nie został też zaatakowany. O jakiej solidarności więc mowa? Kolejna kwestia – pies z kulawą nogą przed 2022r. by nie pomyślał, żeby przyjmować do UE Ukrainę. Natomiast po wybuchu wojny, jakby w ramach nagrody za bycie zaatakowanym przez Rosję, negocjacje gwałtownie przyspieszyły. Tylko co na piernik do wiatraka? Nagle wskutek tej inwazji standardy na Ukrainie wzrosły? Chyba wręcz przeciwnie. Jak to wszystko się ma do krajów, które od lat prowadzą negocjacje członkowskie? Może muszą też zostać zaatakowane przez Rosję, to wtedy wejdą na przyspieszoną ścieżkę? Ktoś powie – to tylko gra pozorów i tak nikt jej nie przyjmie. To w takim scenariuszu to też nie jest dobrze, bo przecież to jest oszukiwanie Ukraińców i robienie im fałszywej nadziei. To nie jest poważna polityka. Jakie jest pocieszenie? Ten problem akurat „najprościej” można naprawić poprzez wymianę elit. Szkody zostały jednak już wyrządzone. 
  1.  Nacisk na dalszą integrację i federalizację. To już jest absolutna głupota. Jak stabilna może być multietniczna federacja bez jakiejś formy zamordyzmu i silnej władzy centralnej? Przykłady Jugosławii i ZSRR nie napawają optymizmem. Rosja również bez rządów silnej ręki miałaby problem z utrzymaniem integralności olbrzymiego kraju. Jak ma tego dokonać słaba UE? Niewiadomo. A jednak elity unijne utrzymują pod tym względem iluzje. Dalsza integracja tylko wzmocni nacjonalizmy w krajach członkowskich. Ci bogatsi będą narzekać, że fundują biedniejsze kraje/regiony. Podobnie było w latach ’70 w Jugosławii, gdy bogatsze Chorwacja i Słowenia „robiły” na resztę republik. I w drugą stronę – hegemonia bogatych działa deprymująco na tych biedniejszych. Wystarczy spojrzeć na polskie kompleksy w stosunku do Niemców, gdzie chcielibyśmy być równi, ale siłą rzeczy tacy być nie możemy będąc 6 razy mniejszą gospodarką. 
  1. Mit unijnych wartości. Oczywiście, UE powstała jako czcigodny i skuteczny projekt utrzymywania pokoju przez handel i współpracę między państwami. Swoją drogą zabawne jak wyśmiewane jest Ostpolitik Niemców, gdy w zasadzie to był ten sam motyw przewodni, co przy tworzeniu UE. Tak czy siak nikt już o tym nie pamięta i liczy się bieżąca polityka, co pokazał przykład Brexitu. I oczywiście UE będzie stabilna jakiś czas, dopóty dopóki Europa Wschodnia i Środkowa nie zostaną płatnikami netto. Wtedy może szybko się okazać, że te wartości unijne są nieco zapomniane. Szczególnie jak będzie trzeba finansować studnię bez dna – Ukrainę. To co trzyma UE w całości są tak naprawdę dotacje i unia celna. Nic więcej. 
  1.  Iluzja wspólnego przemysłu. Generalnie odcinkowa współpraca między państwami to nic nadzwyczajnego, ma to miejsce już obecnie na wielu frontach. Czy jednak ma to sens na poziomie unijnym? Budowa np. przemysłu zbrojeniowego w 27 krajach? A jak nie we wszystkich to czemu nie we wszystkich? Na jakiej podstawie jedni zyskają a drudzy stracą? Jaka będzie redystrybucja zysków lub strat? Wszystko pięknie brzmi w teorii, ale w praktyce ciężko wyobrazić sobie taki mechanizm, który zadowoliłby wszystkich. 

Konkludując – przy obecnej unijnej polityce i realiach ekonomiczno-społecznych to ciężko wróżyć UE sukces. Ja osobiście uważam, że lepsze jest wrogiem dobrego i lepiej pójść kilka kroków wstecz, niż do przodu. Zrezygnować z zupełnie irracjonalnego rozszerzania w nieskończoność i prób dalszej integracji politycznej i federalizacji UE. W zamian skupienie na konsolidacji całego projektu i utrzymanie statusu konfederacji. Do tego wymiana elit, transparentność i poszanowanie decyzji krajów członkowskich. Utrzymywanie obecnego kursu grozi dalszą erozją UE i stopniowym rozkładem. Finalnie to nawet nie musi się ona rozpadać, co po prostu straci jakiekolwiek znaczenie. Presja na integrację grozi jednak bezpośrednio rozpadem, bo nie wierzę w długoterminowe utrzymanie multietnicznej federacji bez autorytaryzmu. Jeden czy drugi wstrząs i nacjonalizmy to rozsadzą tak samo jak w Jugosławii czy ZSRR. Presje demograficzne i migracyjne tylko pogorszą sytuację.  

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *