O walce z czczeniem porażek

przez | 2 stycznia, 2025

Pojawia się ostatnio dość zaskakujący trend. Jak powszechnie wiadomo Polacy kochają czcić i świętować wszelkiego rodzaju katastrofy historyczne. Muszą to być nieudane powstania, bądź rocznica wybuchu II Wojny Światowej. Ciężko wyobrazić sobie Rosjan świętujących z pompą rozpoczęcie planu Barbarossa. Od biedy, w ramach nieco lepszego nurtu, świętujemy zwycięstwo nad bolszewikami, z którymi nie musielibyśmy heroicznie walczyć, gdybyśmy nie ruszyli kilka miesięcy wcześniej na nich w Kijowie. Nie dziwi więc, że wielu ludzi to polskie zamiłowanie do porażek może irytować. I rzeczywiście warto by było z tym skończyć.

Problem jednak jest taki, że pojawiają się postulaty by walczyć z tym w dość kabaretowy sposób. Powinniśmy czcić zwycięstwa zamiast porażek! I pojawiają się kolejne postulaty – zdobyliśmy Moskwę 400 lat temu jako jedni z nielicznych! Co tam, że chwilę później z hukiem ją opuściliśmy i przez ostatnie 300 lat od tej Moskwy mniej lub bardziej byliśmy zależni. To może 1000 lecie koronacji Bolesława Chrobrego w 2025? Albo 500 lecie Hołdu Pruskiego? W zasadzie nie mam nic przeciwko upamiętnianiu takich wydarzeń, wręcz przeciwnie – warto pamiętać o chlubnych jak i przykrych wydarzeniach historycznych. Idiotyczne jest natomiast szukanie na siłę zwycięstw sprzed setek lat by sobie skompensować czczenie przegranych powstań. Bo czyż nagłe czczenie rocznic wygranych dawnych bitew z Rosjanami czy Krzyżakami, Niemcami to naprawdę symbol polskiej chwały czy może jednak oznaka desperacji? Jaki morał wynika z tego, że 400 lat temu zdobyliśmy na chwilę Kreml? Albo pokonaliśmy Krzyżaków pod Grunwaldem. Grzebanie w bardzo odległej historii, żeby wyszukiwać sobie super rocznice, gdy 300 ostatnie lat dostawaliśmy głównie baty nie dodaje zbytnio powagi. Zresztą, to jakiś archaizm, przecież nie trzeba szukać na siłę zwycięstw wystarczy po prostu nie czcić porażek.

Zabawne też jest co innego. Cała Europa świętuje 8/9 maja Dzień Zwycięstwa – rocznicę pokonania faszyzmu. Ale nie Polska – my celebrujemy 1 września i początek katastrofy jaką Niemcy nam zgotowali. Jej koniec natomiast jest przemilczany. I oczywiście – nie byliśmy po IIWŚ w pełni suwerennym krajem. Nie zmienia to faktu, że zakończył się koszmar Polaków – egzystencjonalne zagrożenie nazizmu zostało skutecznie wyeliminowane. Niemcy zostały zneutralizowane i zlikwidowano Prusy – odwieczną bolączkę Polaków. Wystarczająca liczba powodów by czcić tę rocznicę bardziej niż przegrane powstania. Szczególnie, że Polacy mieli pewien udział w tym zwycięstwie i finalnie byli w obozie zwycięzców. Inne byłe demoludy nie mają takich problemów – w Czechach to dzień wolny od pracy. Francuzi, których też przecież wyzwolili Amerykanie i Brytyjczycy nie mają problemu ze świętowaniem lądowania w Normandii. A to dlatego, że chodzi o symbol – pokonanie nazizmu to pokonanie największego zła w historii świata. Świadectwo uniwersalne i jednoznacznie pozytywne. Niestety Polacy nie patrzą szerzej tylko ignorują to zwycięstwo, bo później utracili suwerenność. Stąd wyszukiwanie jakichś dziwacznych rocznic porażek albo zwycięstwa sprzed setek lat. Martyrologia jest wiecznie żywa.

Tak więc mamy co czcić i nie trzeba szukać rocznic w stylu bitwy pod Cedynią. Generalnie właściwy kierunek to nie więcej rocznic historycznych a mniej i z pozytywnym przesłaniem. Nawet rocznica Konstytucji 3 Maja, mimo że pośrednio przyczyniła się do rozbiorów to niesie chociaż jakiś pozytywny przekaz. Nie to co zdobycie na chwilę Kremla bez większego w zasadzie sensu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *